Saturday, 10 December 2016

Femininity challenge - Day 1



Just an ordinary Saturday. My favourite one. No plans, no ' need to arrange' , no checking the clock. The one, when the time is slowing down and we can enjoy a couple of coffee with cinnamon and long hours of talking.

I would say, perfect ' no special occasion' to wear a dress. I chose one of my favourite dark blue jeans dress - comfortable, elegant and has golden buttons:). The grey suede boots are new addition to my winter collection. They are maybe not the most practical (rain is not their best friend) but I fell in love with their colour and shape. And red lipstick? It just always works great with jeans:).

Enjoy your weekend everyone:).





Po prostu zwykła sobota. Moja ulubiona. Bez planów, bez ' muszę coś załatwić', bez sprawdzania zegarka. Idealna sobota, kiedy to czas zwalnia, a my możemy delektować i cieszyć się kubkiem kawy czy gorącej czekolady przy długich rozmowach.


Powiedziałabym nawet, że to kolejna świetna okazja ' bez specjalnej okazji' do założenia sukienki. Na dziś wybrałam moją ulubioną granatową sukienkę z jeansu - wygodna, elegancka i ma złote guziki:). Szare, zamszowe kozaczki to nowość w mojej zimowej garderobie. Może nie są najbardziej praktyczne (deszcz na pewno im nie sprzyja), ale ja zakochałam się w ich kolorze i fasonie. A czerwona szminka? Zawsze doskonałe współgra z jeansem:).


Wspaniałego weekend moi drodzy:).









Friday, 9 December 2016

7 days 7 skirts - Femininity challenge


How many skirts or dresses do you have? And how often do you wear them? Some of us would say all the time but some would keep them only for special occasions - the ones, as we have already established, don't come often enough:).

Not such a long time ago I treated myself with an 'old movies' night. Breakfast at Tiffanies, Gone with the wind, Casablanca. No matter how many times I have seen them, I was stunned again by the grace, beauty, elegance and feminism of the main actresses (and of course Clark Gable). But what else caught my attention this time was the fact that none of them wore trousers (except for Clark Gable of course :-)), but always presented themselves in dresses or skirts. And how gorgeous they looked.

But looking at the streets, it seems like that with the last Elvis Presley song and rock and roll of the sixties gone, all the skirts and dresses have been hidden back in the lowest shelf of the wardrobe or moved to the basement with the tag: 'Special occasion'. Instead on the stage came trousers, jeans and suits.

So I started to wonder: What has happened that modern women have replaced their ultra feminine dresses for not always well fitted jeans?

I asked some of my friends and colleagues and the answers were all different but so similar: It is too cold;  I don't look good in dresses;  I don't like showing my legs;  jeans are just so much more comfortable.

Well, difficult to argue with, you would say, but I don't agree.

In the winter you can handle the weather conditions with higher boots, warmer stockings or even longer dresses. There is no such thing as a woman looking bad in dresses - there is always a cut  which will perfectly fit our figure. The same about legs - you just need to find the perfect length for the skirt or the dress to expose their beauty. Below, you can find different body types and the dress fitting its shape.

Is there anything more feminine than women in great cut dresses? Well yes, women in high heels but that's for another time. What I am trying to say is that there are so few occasions to shine and expose our beauty, femininity and curves, so why limit ourselves even more?

If you still don't believe me, ask your boyfriend or husband if he likes you more in a dress or in jeans The answer might surprise you. I don't know any man who would not like to see his woman in a feminine dress flattering her curves or a pencil skirt highlighting the waist and butt. So let's give them a bit more of that:).

And here comes the challenge. What would you say if I would ask you to wear dresses or skirts (whatever you prefer) in the upcoming 7 days? Yes, I know, normally we start as of Monday, but let's break this rule as well and actually start at the end of the week. It is not only a great opportunity to check your closet and undust some of the skirts or dresses you might have completely forgotten about, but also to test which figure you actually have and to find your most flattering shape.

I am going to share with you my proposals day after day. You are more than welcome to join and share your ideas here or on Facebook.

Let's wake up our feminine side again. Are you in?




Ile spódnic czy sukienek posiadasz w swojej szafie? I jak często je zakładasz? Niektóre z nas powiedziałyby, że bardzo często, inne natomiast, że tylko na specjalne okazje, które jak już uzgodniliśmy, nie zdarzają się wystraczająco często:).

Nie tak dawno, skusiłam sie na wieczór w towarzystwie starych filmów. Śniadanie u Tiffany'ego, Przeminęło z wiatrem, Casablanca. I nie ważne jak często je widziałam, to i tym razem byłam zachwycona gracją, pięknem, elegancją i kobiecością głównych aktorek ( jak również przystojnym Clarkiem Gable:)). Ale tym razem moją uwagę przykuł również fakt, że żadna z nich nie wystąpiła w spodniach, ale prezentowały się w sukienkach czy spódnicach. I jak obłędnie w nich wyglądały.

Ale obserwując ulice, wygląda na to, że w raz z ostatnim przebojem Elvisa Presleya i rock and rollem w latach 60-tych, wszystkie spódnice i sukienki zostały schowane na najniższej półce w szafie bądź w  piwnicy z dopiskiem: 'na specjalne okazje'. Zamiast nich natomiast, na modową scenę wkroczyły jeansy, spodnie i damskie garnitury.

Jak zawsze już, zadałam sobie pytanie: Dlaczego współczesne kobiety zastępują swe niewątpliwie kobiece sukienki parą nie zawsze dobrze skrojonych jeansów?

Zapytałam o to moim znajomych i koleżanki w pracy i choć odpowiedzi były inne, zawsze sprowadzały się do tego samego: jest stanowczo za zimno, nie wyglądam dobrze w sukience, nie lubię pokazywać swoich nóg, jeansy są po prostu o niebo wygodniejsze.

Hmm, ciężko temu zaprzeczyć - powiedziałabyś. Ale ja się z tym nie zgadzam.

Chłodniejsze dni możemy potraktować cieplejszymi rajstopami, wyższymi kozaczkami czy cieplejszą i dłuższą spódniczką. Nie ma czegoś takiego jak kobieta źle wyglądająca w sukience - po prostu nie ma. Są tylko źle dobrane fasony, z którymi łatwo można się rozprawić, poprzez poznanie i zaakceptowanie swojej sylwetki (powyżej zamieściłam ściągę z odpowiednim doborem sukienki względem figury). Warto jest spędzić troszkę więcej czasu, by się sobie przyjrzeć, a zwłaszcza temu, w czym wyglądamy najlepiej i konsekwentie się tego trzymać - w moim przypadku są to ołówkowe spódnice i dopasowane sukienki. To samo tyczy się ich długości. Wybierz tę, w której eksponujesz piekno swoich nóg. Jeżeli jest to przed kolanko czy za, to już zależy od tego jak się w tym czujesz.

Czy jest coś bardziej kobiecego aniżeli kobieta w dobrze skrojonej i leżącej sukience? Hmm, tak, kobieta w szpilkach, ale to już innym razem:). Chciałabym tylko obudzić w nas tę świadomość, że przecież jest tak niewiele specjalnych okazji, by  pokazać nasze piękno, kobiece kształty i grację, dlaczego zatem miałybyśmy ograniczać się jeszcze bardziej?

Jeżeli w dalszym ciągu mi nie wierzysz, zapytaj swojego chłopaka czy meżą, czy wolałby Cię w sukience czy może jeansach. Odpowiedzieć może Cię zaskoczyć. Nie poznałam dotąd mężczyzny, który nie chciałby widzieć swojej kobiety w ultra kobiecej sukience podkreślającej kształty czy też ołówkowej spódniczce opinającej pupę i talię.

A teraz zapraszam na wyzwanie. Co byś powiedziała, jeżeli zaproponowałabym Ci byś przez kolejne 7 dni zamiast spodni, wybrała spódniczkę czy sukienkę? Tak wiem, że zazwyczaj wyzwania zaczynają  się od poniedziałku, ale i tę zasadę możemy złamać i zacząć w środku tygodnia:). To nie tylko świetny pomysł, by odkurzyć i wyciągnąć z szafy zapomniane spódnice, ale również, by sprawdzić jaką figurę posiadamy i dobrać do niej odpowiednie fasony.

Ze swojej strony natomiast, będę dzieliła się z Wami moimi pomysłami na strój z wykorzystaniem właśnie sukienek czy spódnic - dzień po dniu. Jeżeli masz ochotę, możesz śmiało się przyłączyć i pokazać swoje propzycji tutaj bądź na Facebooku.

Obudźmy naszą kobiecość, dziewczyny. A więc, dołączysz się?:)







Thursday, 1 December 2016

November recap



I had never strong feelings towards November. It was the most difficult time in the year to keep my spirits, moods and entertaining level high. But this year was different. By keeping up with the changes I made to my life, I started to enjoy it again. And I noticed that having joy everyday is so much easier than complaining:).

It was a busy month, where lack of planning and scheduling, scared me in the beginning. Travels, work, project. But once days were passing, I started to relax more and just simply enjoying the ride.

The biggest compliment of the month: I really like this new - old you - said my husband.

The best activity of the month: countless walks in the park.

The most inspirational book of the month: The idea in you by Martin Amor and Alex Pellew

And below I would like to share with you a photo summary of the month. Who would ever say that November can be so colourful:).



Nigdy nie miałam silnych uczuć względem Listopada. Był to dla mnie raczej najcięższy okres w roku, by pozostać pozytywnym i zadowolonym oraz działać na najwyższych obrotach. Ale w tym roku było zupełnie inaczej. Trzymając się zmian i nowych zasad w moim nowym życiu, zaczęłam się nim cieszyć na nowo. Szybko zauważyłam także, że skupianie się na radości z każdego dnia jest o wiele prostsze, aniżeli wieczne narzekanie i niezadowolenie:).


To był długi i wypełniony po brzegi miesiąc, gdzie brak planu napawał mnie lękiem i lekkim stresem. Podróże, praca, nowy projekt. Ale z każdym mijającym dniem, otulałam się optymizmem, relaksowałam coraz bardziej i po prostu cieszyłam się każdą " zmianą planu" :).


Największy complement miesiąca: Naprawdę lubię tą nową - starą Betty - powiedział mój Tony.


Najlepsza aktywność miesiąca: Niezliczone spacery po jesiennym parku.


Najbardziej inspirująca książka miesiąca: The idea in you by Martin Amor and Alex Pellew

A poniżej zapraszam Was serdecznie na fotograficzne podsumowanie miesiąca. Któż by pomyślał, że Listopad może być taki kolorowy:).


Beautiful fall. / Piękna jesień.






My survive kit: hot tea, good books, warms socks and woollen sweaters:). / Mój pakiet przetrwania: gorąca herbata z cytryną i miodem, dobra książka, grube skarpetki i wełniane swetry.





Good skin hydration for the cold days: Obey your Body - fantastic cream lines for hands and nails, Body shop - Vanilla butter for nice bath and my Bioderma miceral facial tonic which has absolutely no competition. / Dobre nawilżenie to podstawa w te chłodne dni: Obey your Body  - fantastyczna linia nawilżających kremów do rąk i skórek, Body Shop - waniliowy płyn do kąpieli i moja niezastąpiona Bioderma - miceralny tonik do twarzy, który nie ma sobie równych.



Favourite corner in the house. / Mój ulubiony kąt w domu.




I still believe I will read you all:) / Jeszcze wierzę, że przeczytam was wszystkie:).



Vitamins / witaminki


Love getting flowers without occasion. / Uwielbiam otrzymywać kwiaty bez okazji.



We have drunk so many hot chocolates this month:) / W tym miesiącu wypiliśmy naprawdę dużo gorącej czekolady:).






And even more glühweins:) / I jeszcze więcej świątecznego grzańca:).













Just checking if the dress still fits me:) / Sprawdzam tylko czy jeszcze wejdę w sukienkę:).



Ready for office. / Gotowa do biura.



Not only I like to look stylish:)/ Nie tylko ja lubię wyglądać stylowo:).



Jogging path / Moja trasa biegowa.




Definitely not a selfie queen:) / Żadna ze mnie królowa selfie:).





And more photos from the park. / A na koniec więcej zdjęć pięknej jesieni.









Friday, 25 November 2016

How I started to jog



A zaczęło się jak zwykle. Od kompleksów...

Dzięki wyjazdom służbowym i przebywaniu w hotelach, nietrudno było mi o niezdrowe jedzenie. Batoniki z automatów. Pizza. Szybka bułka na stacji kolejowej. Nawet osobie wysportowanej i obytej ze sportem - przez wiele lat trenowalam taniec towarzystki, tenis ziemny, grałam w siatkówkę i biegałam w szkolnych zawodach - nie trudno było o kilka dodatkowych kilogramów. Na początku, jak to zawsze bywa, zwalalam to na swój wyjazdowy tryb życia, brak czasu na wyjścia do siłowni czy brak stroju do ćwiczeń. Pozostało mi więc tylko narzekanie.

Ale po czasie i tego miałam dość. Poszłam więc na spacer, tuż za róg. I tak oto odkryłam, że praktycznie pod nosem mam ścieżkę rowerową i biegową, otoczoną polami i łąkami. Trasa ciągnie się aż do samej głównej autostrady, więc ma ponad 20 kilometrów -  tak na wszelki wypadek, gdyby poniosły mnie nogi:).

Brak czasu na dojazdy do siłowni okazał się więc nieaktulany. Musiałam spróbować.

O mamma mia... Śmieję się sama do siebie, gdy przypominam sobie początki. Wyciągnęłam swoje zakurzone adidasy, włożyłam leginsy, w których zazwyczaj sprzątałam dom i koszulkę męża. Porozciągałam się, porobiłam przysiady, wypady i inne ćwiczenia, które jeszcze pamietam ze szkolnych zajęć wychowania fizycznego, ale i internetowych tutoriali, cały czas myśląc : przecież nie może być tak źle..

Po przebiegnięciu kilkunastu metrów (które w rzeczywistości wydawały sie kilometrami) marzyłam tylko o poddaniu się i wróceniu do domu. Ale mój character mi na to nie pozwolił. Przeszłam więc do szybkiego marszu i ciężko dysząc przeżyłam kolejne metry. Kiedy poczułam się na siłach, wróciłam do wolnego truchtu. I tak na zmianę.

Następnego dnia nie mogłam zwlec się z łóżka. Bolące mięsnie przypominały mi o moim szaleństwie, ale też napawały dumą i poczuciem wygranej. Z samą sobą i swoim małym kanapowym leniem.

Kilka dni później znów stanęłam na starcie. Tym razem wyposażona w mp3 i mocne postanowienie przebiegnięcia dłuższego dystansu.

I tak przez kilka następnych razy.

Od piosenki do piosenki.

W końcu wpadłam na lepszy pomysł. Jako, że nie miałam żadnego zegarka czy aplikacji obliczającej kilometry czy czas, wykorzystałam piosenki do rozłożenia swoich sił. Pół piosenki biegnę, jedną piosenkę szybko maszeruję. I tak kilka razy.

Z tygodnia na tydzień zmieniałam ustawienie.
Tydzien 1: Jedną piosenkę biegnę, jedną piosenkę maszeruję.
Tydzień 2: 1,5 piosenki biegnę, pół piosenki maszeruję.
Tydzień 3: 2 piosenki biegnę, malutki kawałek idę.
Tydzień 4: 3 piosenki biegnę, mogę przejść do marszu jeżeli tego potrzebuję.

Nigdy nie zapomnę, gdy po kilku tygodniach, wróciłam spocona, czerwona na buzi, ale niesamowicie szczęśliwa do domu i powiedziałam do męża: Baby, przebiegłam calutką trasę bez zatrzymania:). Teraz mogę zjeść ten tort. Tylko żartuję:)

Dopiero później wyczytałam, że tak właśnie powinno się zacząć bieganie. Systematycznie zwiększać czas samego biegnięcia, a skracanie czas szybkiego marszu. Po kilku tygodniach, jesteś w stanie przebiec 15, 20 czy 30 minut bez większej zadyszki.

Klucz to systematyczność.

Było cieżko i wiele razy chciałam tupnąć nogą i zawrócić do domu. Ale zawsze coś albo ktoś mnie od tego powstrzymał. A to super energetyczna piosenka, a to wspaniały zachód słońca, a to dopingujący Tony. Myślałam sobie również, że przecież kupiłam te śliczne buty do biegania. Szkoda byłoby ich nie założyć:).

Pamiętaj, głowa i nasz wewnętrzny krytyk podpowiadają różne bzdury takie jak - nie dasz rady, już dość, zatrzymaj się. Ale Twoje ciało może naprawdę więcej. Podgłośnij więc muzykę i skup się na oddechu.

Dziś spokojnie mogę przebiec 5 km bez zatrzymywania. Zaczynam również powoli zmieniac trasy na trochę dłuższe, więc może faktycznie niedługo dobiegnę do tej autostrady:).

Dodatkowo wspomagam się ćwiczeniami na nogi, brzuch i pośladki a raz w tygodniu robię porządne ćwiczenia rociągające, bo praca przy biurki daje się we znaki moim plecom.

Małe porady

Nie jestem ekspertem, nie znam cudownych diet oraz nie mam wiedzy jak dokładnie obliczyć swoje idealne tempo do spalania tkanki tłuszczowej, ale umiem obserwować swoje ciało.

Zainwestuj w buty do biegania.
Uwierzcie, one naprawdę robią różnicę. Nie, nie pobiegną za Ciebie, ale są miekkie, leciutkie, posiadają super amortyzację i doskonale dopasowują się do stopy. Wszystko inne jest nieważne. Legginsy i koszulki albo kupiłam gdzieś w większym supermarkecie albo w outlecie TK Maxx.

Rozgrzewka
Podstawową zasadą biegania jest uniknięcie kontuzji. Żeby jej więc uniknąć zadbaj o porządne rozgrzanie mięsni, stawów i układu kostnego. Nasze ciało musi byc przygotowane do dużego wysiłku i długich kilometrów.

Technika
Technika na pewno wpływa na wysiłek, który tak naprawdę wkładamy w bieg. A zatem:
- Patrz przed siebie, nie pod nogi. Spójrz w niebo czy przydrożne drzewa.
- Praca ramion. Powinny poruszać sie równolegle do kierunku biegu, nie zaś w poprzek naszego tułowia. Staraj się nie zaciskać dłoni. Ja łączę delikatnie palec środkowy z kciukiem i skupiam się na przepływie energii.
- Na spokojnie. Zwłaszcza na początku, nie staraj się od razy przebiedz 5 kilometrów. Nie będziesz przecież od razu frunąć. Daj sobie czas, by przyzwyczaić swoje ciało do wysiłku i tych nowych turbulencji, które wprowadzasz w swoje życie. Poza tym, nie chcesz się też od rauy zniechęcić.

Oddech
Mówi sie, że powinno sie biec takim tempem, by móc swobodnie rozmawiać. W moim przypadku nie było to realne na samym początku. Ale po kilku tygodniach jak najbardziej. Zapomnij o wdychaniu nosem a wydychaniu buzią jak to uczono nas w szkołach czy na lekcjach jogi. Biegnąc potrzebujesz tlenu, tlenu i jeszcze więcej tlenu. Dlatego absorbuj go nosem, ustami czy uszami:).

Efekt
Oczywiscie, że cudownie jest zobaczyć wyniki w postaci znikających boczków czy smuklejszych ud, ale dla mnie najważniejsze  było ruszenie swojej pupy z kanapy. Cieszę się jak dziecko z każdej nowej pokonanej trasy. Nieważne jaki czas, jaka marka ciuchów, moja super czerwona twarz. Ważna jest satysfakcja, że znów pokonałam swojego małego lenia i weszłam na ścieżkę. A efekty? One będą widoczne szybciej niż myslisz. Przede wszystkim zaczniesz sie uśmiechać i radiować pozytywną energią. Podziel się swoimi endorfinami.

Jeżeli macie swoje doświadczenia czy inne porady, dajcie znać.


It started as usual. Because of complexes...


' Thanks' to my constant business trips and living in hotels, it was not difficult to get non-healthy food. Chocolate bars from the vending machines. Pizza. Quick sandwiches on the train stations. Even for a rather sportive person - I have been practising ballroom dancing and tennis, playing volleyball and ran in school competitions for years- it was not difficult to gain a few kilograms. As usually in the beginning I have been blaming my lifestyle, my lack of time to go the gym and no clothes to wear for exercises. I was left standing there only with excuses and complaints .


But after a while I had enough of this. I went for a walk, just around the block. This is how I discovered a bicycle and running track surrounded by fields. It was there, just under my nose, all this time. The route stretches up almost to the main highway around 20 kilometres away. Just in case if my legs would go crazy:).


The lack of time to go to the gym became irrelevant. I needed to try this.


O mamma mia... I need to laugh out loud each time I think of the first few attempts. I undusted my old sneakers, wore leggings used mostly for cleaning in the house and my husbands' T-shirt. I stretched a bit and did a few exercises which I still know from school and internet tutorials, thinking all the time: It can't be that bad...


After running a few hundred meters (which felt like a few kilometres), I dreamt only to give up and turn back home. But my stubborn character did not allow me. Heavily breathing I switched to a fast march. When my heart came a bit back to normal I started to run again. I did a few rounds like this.


The next day I could not get up from bed. Aching muscles reminded me of my craziness the day before, but also filled me with proud and the feeling of winning. Winning with myself and my couch potato.


A few days later I was standing there again. On the running track. This time equipped with my mp3-player and a strong determination to run for a longer distance.


From song to song.


I have came up with a better idea. Since I don't have any smart watch or application measuring the distance and time, I used songs to distribute my strength throughout the run. Half song running, one song fast march. I did a few rounds like this.


Every week I changed the settings.


Week 1: One song running, one song fast march.
Week 2: One and a half song running, half a song fast march.
Week 3: Two songs running, a little piece fast march
Week 4: Three songs running, fast march only if I needed.


I will never forget the day I came back home, sweaty, red in my face but extremely happy and announced proudly to my Tony: Baby, I have run the whole distance without even stopping. I can eat this cake now. Just kidding:)


Only later I read that this is actually how we suppose to start the adventure of jogging. Systematically increasing the distance of the actual run and decreasing the amount of fast march. After a few weeks you are able to run 15, 20 or even 30 minutes without panting.

Regularity is the key.


It was hard, I am not going to deny it, and many times I just wanted to quit. But there was always something or someone to stop me from doing so. Or an energetic song, or a wonderful sunset, or a cheering Tony. And on top of this, I bought this beautiful shoes for jogging, it would be a sin not to wear them anymore:).


Remember, your head and the inner critic will have a lot to say, mostly nonsense - you can't do this, it's enough, just stop. Your body though can really do much more. Turn the volume of your music up and focus on breathing but ignore the voices.


Today I can easily run 5 kilometres without stopping and I am starting to change to longer routes, so maybe indeed, I will reach this motorway after all:).


I am supporting myself with additional exercises for my stomach, legs and butt and adding weekly stretching, because work behind the computer is not the greatest for my back.


Little advises.


I am not an expert, I don't know miracle diets and I don't know how to calculate the best tempo for the most effective fat burn, but I do know how to listen to my body.


Invest in good jogging shoes.
Believe me, they can really do a change. And no, they will not run for you, but they are soft, light, provide great protection and fit perfectly to your feet. Everything else is not important. I got my jogging pants and T-shirts in some supermarket or in outlets.


Warm -up
The main rule of jogging is to avoid and minimalize the possibility of contusion. To make sure of that, don't forget about warming up your muscles, joints and bone structures. Our body needs to be ready for what it is about to happen and it is a big effort and long kilometres.


Technique
The way we run has definitely a big influence on the actual effort of it. Therefore:
- Look in front of you, not at your feet.
- Arms. They should move parallel to the direction of running rather than across the body. Try not to clutch your hands. I am connecting my middle finger and thumb for a better energy flow:).


Breathing
If you jog and are able to talk it means you are running with a good tempo. In my case it was not possible for a few good weeks. Now I am definitely getting there. Forget about breathing in through your nose and breathing out through your mouth as we were taught at school or during yoga lessons. You are running and you need oxygen, oxygen and even more oxygen. So, absorb it through your nose, mouth or even ears if you can:).


Effect
Of course we want to see the effects of disappearing sides and slender tights, but to me more important was the fact that I moved my butt from the couch. I am jumping like a child each time I conquer these kilometres. Doesn't matter the time, doesn't matter the clothes, doesn't matter my red face. What matters is the satisfaction I feel and showing my couch potato its place. And the results? They will come sooner than you think. First of all, you will smile more and radiate your positive energy. So feel free to share your endorphins:)


If you have your experiences and other advises - can' t wait to read about them.